Polscy siatkarze w Gliwicach wywalczyli półfinał mistrzostw świata

Cztery lata temu Polska zmierzyła się w Turynie z USA w półfinale mistrzostw świata. O zwycięstwie Biało-czerwonych zdecydował tie-break. Teraz było podobnie, choć stawką była runda niżej. Ale oba mecze stały na niesamowicie wysokim poziomie i – co najważniejsze – za każdym razem lepsi byli Polacy. W czwartek przyszło im to wyjątkowo ciężko.

Los sprawił, że w dwóch ćwierćfinałach spotkały się cztery najlepsze drużyny tegorocznej Ligi Narodów. Jako pierwsza pożegnała się z mistrzostwami Francja, najlepsza w tych rozgrywkach, wyrzucona przez czwarte wtedy Włochy. W Gliwicach zaś zagrały trzecia Polska z drugimi Stanami Zjednoczonymi. To ich czwarty mecz w tym sezonie i na pewno najważniejszy.

Widać było ogromną stawkę, bo Polacy popsuli dwie pierwsze zagrywki. Ale nie rezygnowali z mocnych serwów, bo tak silnej drużynie nie można dać się rozpędzić. Amerykanie na początku odskoczyli na dwa punkty (7:5), jednak na krótko, gdy po bloku Kamila Semeniuka na Matthew Andersonie był remis, a za chwilę koncert rozpoczął Jakub Kochanowski, zaliczając pierwszego asa. Później dołożył jeszcze dwa, a po jego serii Biało-czerwoni odskoczyli na 20:14! Nasi siatkarze grali kapitalnie: zagrywka pomagała ustawiać blok (4 punkty), a w ataku nie popełnili ani jednego błędu.

Przeciwnicy grali bardzo dobrze. Anderson zaczął słabiej, lecz później spisywał się jak za swoich najlepszych czasów. Na Polaków to nie wystarczyło. W końcówce trener Nikola Grbić tradycyjnie przeprowadził podwójną zmianę, a Grzegorz Łomacz trzy razy wykorzystał skuteczność swoich środkowych, a seta zakończył blokiem Bartosz Kurek.

John Speraw, trener USA, na drugiego seta wprowadził Garretta Muagutitię, żeby poprawić przyjęcie. I poprawił, bo reprezentanci Polski już tak bezkarnie nie nękali przeciwników. Gra była bardzo wyrównana. Skoro mocne serwy nie pomagały, to Marcin Janusz spróbował skrótów, zdobywając 6. i 7. punkt. Ale Biało-czerwoni musieli gonić przeciwników, wśród których błyszczał Anderson. Amerykanie nie byli w stanie odskoczyć na więcej niż dwa punkty. Prowadzili 23:21, jednak po ataku Muagututii w antenkę był remis. Nasi obronili setbola po ataku znakomicie grającego Aleksandra Śliwki, który następnie posłał tak mocny serw, że piłka wróciła na naszą stronę. Prowadzenie 2:0 przypieczętował blok Bieńka na Jeffreyu Jendryku – jedyny dla naszego zespołu w tej partii.

Trener Grbić szukał optymalnego zestawienia i pierwszy raz w tym turnieju zdecydował się grać na dwóch libero: Zatorski wchodził do przyjęcia, a Jakub Popiwczak – do obrony. Amerykanie potwierdzali, że są niezwykle mocną drużyną. Przede wszystkim coraz lepiej serwowali, to znaczy coraz mocniej. Dlatego szybko na boisku pojawił się Fornal, lecz nie za Śliwkę, jak to bywało w poprzednich meczach, a Semeniuka. Fornal odbierał serwy znakomicie, jednak siatkarze z z USA byli w tym secie nie do zatrzymania. Anderson robił wszystko: mocno serwował, atakował (65 proc. skuteczności po trzech setach). Ambitni Polacy nie zdołali się przeciwstawić mimo wsparcia 12.250 kibiców

Poprzedni mecz tych drużyn, w grupie, zakończył się wynikiem 3:1 dla Polski, stał na wysokim poziomie. Teraz widowisko było jeszcze lepsze, a poziom wyższy. W trzech setach obie drużyny popełniły tylko pięć błędów w ataku, a przecież nikt ręki nie wstrzymywał. Każdy punkt trzeba było wywalczyć, wyszarpać. Wystarczyła chwila słabości, by z trzypunktowej przewagi zrobiła się jednopunktowa strata (11:12). Amerykanie wykorzystywali każde zawahanie, każdą okazję stworzoną nie przez złe, ale trochę gorsze zagranie Polaków. Grali naprawdę doskonale, a dobra postawa naszych nie wystarczyła i o awansie musiał zadecydować tie-break. W nim trener wrócił do wyjściowej szóstki, a Semeniuk zrewanżował się asem. Wcześniej Bieniek zablokował Aarona Russella i było 6:3. Rywale zbliżyli się na punkt, ale wtedy Bieniek ustrzelił mocnym serwem Russella (8:5).

Rywale nie odpuszczali. Defalco podbił piłkę za bandami, Erik Shoji był wszędzie. Nasza drużyna też pokazywała najwyższy kunszt. Ogłuszający doping zrobił swoje i serwy Amerykanów nie były tak skuteczne. Wystarczyło jednak, by Bieniek nie skończył ataku, by przewaga stopniała z trzech punktów do jednego (12:11). Kolejną akcję też wygrali przeciwnicy, lecz Grbić poprosił o sprawdzenie dotknięcia siatki. Miał rację! Wielkie drużyny i wielkich sportowców cechuje to, że w najważniejszych momentach grają najlepiej. Takim jest Semeniuk, który jedynego asa zaserwował przy stanie 13:11. Pierwszego meczbola Amerykanie obronili, ale przy ataku Śliwki byli bezradni i Polska awansowała do półfinału mistrzostw świata. Zmierzy się w piątek z Brazylią, już w katowickim Spodku.

Polska – USA 3:2 (25:20, 27:25, 21:25, 22:25, 15:12)
Polska: Janusz 3, Śliwka 11, Kochanowski 17, Kurek 22, Semeniuk 7, Bieniek 16, Zatorski (libero) oraz Łomacz, Kaczmarek 2, Fornal 8, Popiwczak (libero), Kwolek
USA: Christenson 2, Defalco 3, Averill 3, Anderson 18, A, Russell 24, Smith 6, Shoji (libero) oraz Jendryk 7, Tuaniga, Ensing 1, Muagututia 9, K. Russell
źródło: PZPS.pl

spot_img

ZOBACZ TEŻ

KOMENTARZE

guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
spot_img

AKTUALNOŚCI

KRYMINAŁKI