r e k l a m a


Uczniowie z Pilchowic wrócili z Armenii (foto)

Azja. Kaukaz Południowy, ściślej – Armenia. Góry, marszrutki, monastery… I w środku tego wszystkiego uczniowie ZS w Pilchowicach, realizujący wraz z opiekunami kolejną podróż w ramach „Szkolnej Ekspedycji”.

Zachęceni zeszłorocznym pobytem w Gruzji oraz możliwością taniego przelotu to właśnie Armenię naznaczyli jako świetne miejsce na letnią ekspedycję. Armenia to kraj pięknych widoków, zwłaszcza górskich. Wystarczy spojrzeć przez okno rozklekotanej marszrutki, którą przemieszczali się po kraju, by zauważyć, jaki jest otaczający go krajobraz. Dziki. Nieokiełznany.

Jeszcze opierający się rozwojowi turystyki, choć pewnie długo to nie potrwa – w dobie nieustannego przemieszczania się po świecie, pewnie i Ormianie zechcą zaprezentować walory swego kraju szerszej grupie odbiorców. Turystę zaczną utożsamiać ze zwitkiem dolarów, a ilość tych dziewiczych miejsc – tak przecież pożądanych – paradoksalnie się zmniejszy. Ale póki co – góry, wzniesienia, szczyty… Jeden z nich – wygasły wulkan Aragac (4090 m n.p.m.) wybraliśmy na cel naszej wyprawy. Niestety, najwyższy szczyt Armenii nie został zdobyty; natura i możliwości naszych organizmów skutecznie nas zniechęciły do zdobywania góry. Ale samo wędrowanie po nieoznakowanych zboczach było ciekawym doświadczeniem… O ile jednak zdobywając rok temu gruziński Kazbek, ludzi mijaliśmy co chwilę (sami Polacy), tak w tym rejonie Armenii ciężko było trafić na turystę. Jedynymi dowodami jakiegokolwiek życia były psy pasterskie, na które raz na jakiś czas trafialiśmy. Posturą bardziej przypominały niedźwiedzie i łypały na nas groźnie spode łba, otaczając ze wszystkich stron… A kiedy tylko pojawił się właściciel, zgodnie zaczęły merdać ogonami i lizać nas po rękach. Były też miejsca inne – kipiące komercją, jak Sewan – jezioro położone na 2000 m n.p.m. Tłok jak nad polskim Bałtykiem, a jako że Ormianie dostępu do morza nie mają, całe rodzinne życie towarzyskie kumuluje się właśnie tam.

Kraj religii – chrześcijaństwa. Ormianie przyjęli je jako pierwsi – już w IV wieku. W górskich rejonach łatwo natknąć się na monastery (klasztory). My zwiedziliśmy Tatew, do którego dostać się można najdłuższą na świecie kolejką linową. Akurat trafiliśmy na poniedziałek, a w poniedziałki kolejka jest nieczynna. Na szczęście wystarczyły błagalne spojrzenia i zwitek banknotów, by pracownicy zawieźli nas tam i z powrotem.

Kraj o bogatej historii, czasem tragicznej. Jest w Erewanie pewne szczególne miejsce – Muzeum Zagłady. Upamiętnia masowe mordy, popełnione na Ormianach przez Turków w końcu XIX i na początku XX wieku. 1,5 mln zabitych. Kobiety, mężczyźni, starcy, dzieci… Muzeum jest niewielkie, ale budzi odczucia podobne do tych towarzyszących zwiedzaniu Auschwitz. A na zewnątrz płonie Wieczny Ogień, jako symbol pamięci o tych, którzy polegli za niewinność. W ramach pogłębiania stosunków międzynarodowych, rozegraliśmy z miejscowymi chłopakami mecz piłki nożnej. Po pierwszym sparingu (uznajmy go za rozgrzewkę, wynik przemilczę) zebraliśmy się w sobie, kolejny wygraliśmy 10-8 i powlekliśmy się pod prysznice. Uff, honor polskiej piłki uratowany. I tutaj odezwała się charakterystyczna dla Ormian ambicja, bo następnego dnia, o tej samej porze, czekali już na nas z piłką i trochę zmienionym składem. Skład był wyższy, miał szersze bary i przynajmniej parę lat więcej. No i drybling, jakiego nie powstydziłby się Messi… 30-17 dla Armenii.

Kraj rzeczy wzniosłych, ale również tak podstawowych jak jedzenie. I tutaj zaskoczenie – jedyną reakcją na wymieniane przez nas nazwy regionalnych dań było zgodne „Hęę? Proponuję kebab”. Albo „Faktycznie, chyba coś takiego jest, ale my tego nie mamy. Mamy za to… kebaby!”. Niechęć, ba – nienawiść do Turków nie przeszkadza mieszkańcom Armenii rozpowszechniać wszędzie kebabów, a ich głównym składnikiem (obok mięsa) jest pietruszka. Im więcej, tym lepiej. Może chcą tym stwarzać pozory, że kebab jest zdrowy? Dopiero w Erewanie trafiliśmy na spas – tradycyjną ormiańską jogurtową zupę i lahmacun – taki pszenny placek posmarowany sosem (bardzo smaczny i bardzo tani – ok 80 groszy). A kiedy wybije późniejsza godzina… warto kebaba wzbogacić flaszką wina. Choć tu bardziej popularny jest koniak, produkowany od XIX wieku. Z tym że Ormianie – podobnie jak Gruzini – nie piją dla samego picia, dla nich alkohol urasta do rangi symbolu, a jego konsumpcja nie polega na bezceremonialnym opróżnianiu butelek, by jak najszybciej osiągnąć stan nietrzeźwości (dyscyplina, w której ponoć przodują Polacy). Tutaj picie to rytuał. A skoro już jesteśmy przy tym przyjemnym temacie wszelkich używek, wypadałoby wspomnieć o tytoniu. Palenie mogłoby uchodzić za tutejszy sport narodowy. Naprawdę, co drugi-trzeci obywatel żyje z papierosem w ręku. Właściwie nie ma się co dziwić, kiedy za paczkę LM-ów zapłacimy tu… 2,5 zł.

Kraj marszrutek i ulicznego chaosu. Te małe busiki to jeden z tańszych i szybszych sposobów przemieszczania się po kraju, choć niekoniecznie wygodny. Bywa, że trzeba spędzić trzy godziny tkwiąc między brzuchem jakiegoś pana, a workiem ziemniaków. Ale nawet taka pozycja jest dobra, by wykorzystać ten czas na „rozmowę” z tubylcami. Wystarczy kaleczone „barew dzes!” (dzień dobry), by zachęcić Ormian do wymiany zdań. Sam system przemieszczania się po kraju jest dość uciążliwy, ponieważ ciężko tu o bezpośrednie połączenia między miejscowościami i za każdym razem trzeba „zahaczyć” o Erewan. Emocji dodaje też styl jazdy kierowców – w godzinach szczytu, by usprawnić ruch, przemieniają oni dwupasmówkę w drogę o czterech pasach i wyprzedzają przy każdej okazji – najchętniej na zakrętach i dojeżdżając do szczytu pagórka. Dlatego sporym urozmaiceniem była dla nas podróż na pace starego auta po stromej, rzadko używanej, za to bardzo malowniczej drodze. Piękne krajobrazy, wiatr we włosach i widok Szymona machającego do wszystkich ludzi i wołającego „Krowy! Kozy!” – bezcenne. Widać prawdziwa metropolia z tych Pilchowic, skoro młodzież tak reaguje na widok najzwyklejszego bydła. Ale tak to jest – niby ze wsi na wieś, a jednak… Widok tutejszych krów cieszy bardziej, trawa jest bardziej zielona, niebo bardziej błękitne, powietrze pachnie intensywniej. A może po prostu inaczej. Podróż, nieważne jak daleka, zawsze stwarza nowe perspektywy; potrafi też ukazać rzeczy, które powinniśmy dostrzegać od dawna. To proste. Wystarczy otworzyć atlas na przypadkowej stronie, wrzucić parę rzeczy do plecaka i ruszyć.

Armenia… Kraj biedy. Ale i kraj wielkiego bogactwa, jakie są w stanie zaoferować ci ludzie, opowiadając o swoich rodzinach, częstując nas kukurydzą, czy po prostu się uśmiechając. Bierzemy atlas i czekamy na kolejną okazję. Bądź co bądź – Szkolna Ekspedycja zobowiązuje.

Hanna Młotkowska

[nggallery id=132]

ZOBACZ TEŻ

KOMENTARZE

Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

AKTUALNOŚCI

KRYMINAŁKI